Walentynki na delivery

🌇 Wrocław
🚲 E-bike
3 godz. 40 min.
💵 106,73 zł (7,07 zł napiwku)
💰 29 zł na godzinę
🛒 7 dostaw / 50 km
🍔 Wolt / Uber

Wyskoczyłam w Walentynki na delivery, tak z czystej ciekawości – zobaczyć, jak to będzie wyglądało na mieście. A wyglądało… bardzo walentynkowo. Wszędzie pary: jeden facet otwiera kobiecie drzwi samochodu, w drugiej ręce czerwony balonik i bukiet kwiatów, inny prowadzi swoją wybrankę do restauracji. Tego dnia wszyscy tacy mili, troskliwi i romantyczni – wiadomo, bo święto. Jutro już pewnie sama będzie sobie drzwi otwierać 😄

Klientki elegancko ubrane, uśmiechnięte od ucha do ucha, bo zaraz przyjedzie dobre żarełko. Otwierały drzwi z takim entuzjazmem, jakby to nie jedzenie, tylko prezent walentynkowy przyjechał ❤️

Klasycznie muszę wspomnieć o pogodzie – było potwornie zimno. Dłonie zamarzały, więc w trakcie jazdy musiałam zmienić rękawice na najgrubsze, jakie mam. Przez pierwsze prawie pół godziny totalna cisza: zero zamówień, krążyłam, czekałam, marzłam. W końcu zresetowałam apki, GPS, internet… i pyk – od razu Wolt. Przypadek? Nie sądzę 😄

Pierwsze zamówienie konkretne: 7,5 km, sushi z Ołtaszyna na Grabiszyn, 25 zł. W taki mróz średnio chciało się jechać tak daleko, ale kiedy klient dorzucił 7 zł napiwku z reszty, od razu humor się poprawił. Warto było.

Chciałam już uciekać w swoje rejony, ale Uber skutecznie mnie zawrócił – CH Borek, Pizza Hut. Klasyka: złe wjazdy, zawracanie, szukanie bloku, zanim w końcu trafiłam. Sprawdzam Wolta, a tam saldo gotówkowe przekroczone – ponad 300 zł. Szybki sprint do roweru, wpłata i można jechać dalej, bo bez tego zamówień ani rusz.

Potem pierwszy raz w życiu miałam dostawę z Biedronki na Uberze. Jak na Ubera – całkiem przyzwoicie: 17 zł za 5 km. I tu zaczęła się przygoda. Dzwonię z tyłu sklepu – nikt nie otwiera. Pytam kuriera DHL, czy wie, gdzie odbiera się na Uber, mówi: „Lepiej wejść do środka”. No to wchodzę. Czekam przy magazynie, nikogo nie ma, czas leci. I nagle cud – jakaś kobieta mnie zagaduje, pyta czy czekam na zamówienie. Wyglądała „po cywilnemu”, ale wiedziała wszystko. Pokierowała mnie na warzywa, tam faktycznie dostałam zamówienie.

Wyjście z Biedronki to kolejny level – ciągam za zamknięte drzwi jak dzik, aż starsza pani pokazuje mi właściwe wyjście. Przeciskam się przez tłum, w końcu na wolności 😄

Dalej KFC na Bielanach – tłum ludzi, sporo czekania, 5 km za 15 zł na Wolcie. Zrobiło się już ciemno, więc dorzuciłam jeszcze jednego Ubera – 4 km za 15 zł i postanowiłam kończyć.

Podsumowując:

  • Wolt: 2 zamówienia
  • Uber: 5 zamówień, całkiem sensownie płatnych
  • Bolt: odpalony, ale obrażony – nic nie dał

Na Wolcie oczywiście „wyzwanie walentynkowe”:
15 dostaw = +75 zł
kolejne 10 = +52 zł
No jasne… ledwo dwa zamówienia wpadły, bo ludzie masowo wyszli do restauracji – każda knajpa była zapchana po brzegi.

Co ludzie zamawiali w Walentynki? Klasyka: sushi, pizza, McDonald’s, KFC, burgery. Zero zaskoczeń.

Finalnie stówka wpadła, humor dopisuje, bo udało się wyjść, pojeździć i coś zarobić. Walentynki zaliczone – bez baloników, ale z plecakiem 🚴‍♀️💌

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *