Walka z wiatrem i 7 kursów do McDonald’s

🌇 Wrocław
🚲 E-bike
⌚ 5 godzin
💵 166,36 zł (30 zł napiwków)
💰 33 zł na godzinę
🛒 12 dostaw / 63 km
🍔 Wolt / Uber
Dziś była prawdziwa walka – nie tyle z kilometrami, co z potężnym wiatrem. Temperatura całkiem przyjemna, ale podmuchy były tak silne, że bez kurtki wiatrówki ani rusz. Momentami naprawdę szarpało rowerem – aż łapałam kierownicę mocniej niż zwykle i balansowałam całym ciałem, żeby utrzymać tor jazdy i nie dać się znieść.
Początek dnia zapowiadał się świetnie. Zarówno Wolt, jak i Uber sypały zamówieniami jedno po drugim, więc tempo było dobre. Pierwszy kurs na Wolcie – McDonald’s, 1,5 km za 8 zł. Szybko, krótko i konkretnie. I w sumie większość takich zleceń dziś wpadała – krótkie dystanse, co akurat bardzo mi odpowiada, bo lubię kręcić się po swoim rejonie.
Potem Bistro – 2 km za 10 zł, ale za to sporo jedzenia do zabrania. Dostawa do salonu Porsche, więc przy okazji szybkie zerknięcie na nowe auta 😄 No ale co tam, ja przecież mam swoje „Porsche” – tylko na dwóch kółkach.
Chwilę później Uber dorzucił McDonald’s… i wtedy zaczęła się seria, jakiej dawno nie miałam. Łącznie aż 7 kursów do McDonald’s jednego dnia. Jeden za drugim – McDonald, McDonald i jeszcze raz McDonald. Można powiedzieć, że dziś byłam na „etatowym” wożeniu burgerów 😄
W międzyczasie zrobiłam krótką przerwę na zdjęcia w parku, żeby złapać oddech i chwilę spokoju. Ale długo nie trwało – wróciłam do gry i… znowu McDonald 😄
Dla odmiany wpadła pizza i tu już zrobiło się mniej przyjemnie. Uber rzucił dalszy kurs na Tarnogaj, a do tego dorzucił kolejne zamówienie z Solleim jeszcze dalej. Ten rejon średnio lubię – brak ścieżek rowerowych, szybkie auta i trzeba mieć oczy dookoła głowy. Za podwójne zamówienie (10,5 km) było 33 zł, plus 5 zł napiwku od klienta od pizzy, więc finalnie 38 zł. Finansowo ok, ale stres i warunki już mniej.
Po dostawie szybka decyzja: zawijam się stamtąd jak najszybciej. Odpalam mapę i lecę w stronę domu. Po drodze Wolt dorzuca coś z budki koreańskiej – 3 km za 11 zł, trochę dalej w miasto.
Znowu próbuję wrócić bliżej swojego rejonu i wtedy Uber ratuje sytuację – fajne zamówienie z Solleim na Gaju, 5 km za 15 zł, idealnie w kierunku domu.
Na koniec jeszcze jeden, ostatni McDonald – 4 km za 12 zł, ale trasa już dość nietypowa. Dalej niż zwykle, w stronę Bielan, dokładniej Ślęza. Tam też brak infrastruktury rowerowej i szybki ruch, więc znów pełne skupienie.
Na szczęście wracając byłam już praktycznie obok domu, więc zakończyłam dzień. Zmęczona, głodna – klasyka. Dużo jazdy, sporo kręcenia, ale stawki raczej przeciętne. Czułam, że nogi pracowały intensywnie, a zarobek rósł wolniej niż by się chciało.
Podsumowując: nie było źle… ale mogło być lepiej. Albo mogło być lepiej, ale i tak nie jest źle 😄
Edit: Odpalam Wolta i szok, wpadł napiwek do ostatniego zamówienia z budki koreańskiej, aż 20 zł! Ze stawki 141 zł, zrobiło się 161 zł, a z godzinówki 28 zł na godzinę, wychodzi 32 zł na godzinę, sztosik!
A po dwóch dniach zobaczyłam, że na Uber wpadł kolejny napiwek +5 zł, więc ponownie zaktualizowałam wynik 🙂





