Więcej zdjęć niż zamówień – dzień pełen ciszy w aplikacjach

🌇 Wrocław
🚲 E-bike
4.5 godziny
💵 89,5 zł (0 zł napiwków)
💰 19 zł na godzinę
🛒 7 dostaw / 55 km
🍔 Wolt / Uber

Jest jeszcze gorzej niż wczoraj. Serio – dramat. Z każdym dniem godzinówka leci w dół i zaczynam się zastanawiać, co się właściwie wydarzyło. Czy ludzie przestali jeść? Bo jak inaczej wytłumaczyć fakt, że przez 4,5 godziny nie dobiłam nawet do 100 zł – skończyło się na zawrotnych… 89 zł.

Naprawdę, więcej dziś zrobiłam zdjęć niż dostaw. W pewnym momencie wyglądało to tak, że kurierzy zamiast wozić jedzenie, siedzieli w parku i robili fotki kwiatków – ja też. Wiosna pełną parą, tylko zamówienia jakby zapadły w sen zimowy.

Pierwsze zamówienie? Uber – 10 zł za 3,3 km. Jedno zamówienie przez całą godzinę, więc miałam luksusową stawkę… 10 zł/h. Odebrałam McDonalda i ruszyłam do jakiejś hurtowni narzędzi. Wjechałam w teren magazynowy – dziurawe drogi, bruk, chaos. Krążę, pytam ludzi gdzie ta firma, w końcu znajduję. Dostawa ok… ale wyjazd to już była przygoda. Drogi pozastawiane autami, znowu pytanie ludzi jak się stąd wydostać. Udało się, ale trochę jak escape room.

Po drodze zrobiłam zdjęcie pięknego kościoła na Klecinie, potem wjechałam do parku… i tam już totalny tryb „fotograf, nie kurier”. Kwiatki, rower na tle kwiatków, słońce – wszystko pięknie, tylko aplikacje milczą. I uwaga… kolejne zamówienie wpadło dopiero po godzinie. Serio.

W końcu stwierdziłam, że trzeba zmienić rejon i poleciałam na Gaj. Tam też chwilę posuchy, ale w końcu Wolt: około 4 km za 15 zł – powrót w moje okolice. Potem grecka restauracja – 4,2 km za 14 zł, tylko że czekanie 15 minut. No super.

Po tej dostawie spotkałam kuriera, który ewidentnie się zgubił i nie mówił po polsku. Rozglądał się bezradnie, więc od razu mu pomogłam. Znam już te osiedla na pamięć, więc wskazałam drogę, a dla pewności jeszcze podjechałam rowerem sprawdzić dokładnie. On pieszo by szukał wieki, a ja cyk – ogarnięte. W tej robocie trzeba sobie pomagać, bo i tak jest ciężko.

Potem Uber dał dłuższy kurs – 7 km za 17 zł. Sushi z Bielan, dostawa prawie pod moje osiedle. Na miejscu klasyk – pomyliłam domy, bo oczywiście numerów brak. Zaczęłam pukać do innych drzwi… dopiero potem sprawdziłam mapę, cofam się, a tu wychodzi klientka i obie się śmiejemy, że odwiedziłam sąsiadów.

Dalej Wolt – kuchnia indyjska, 4,3 km za 13 zł, potem McDonald 1,5 km za 8 zł (ta sama ulica co wcześniej) i na koniec kuchnia gruzińska – 2,5 km za 11 zł, dostawa do biura, które już dobrze znam.

Na końcu jeszcze chwilę czekałam, bo chciałam dobić do tych symbolicznych 100 zł… ale nic już nie wpadło. Cisza. Stwierdziłam, że nie ma sensu siedzieć i wróciłam do domu.

Na plus – było ciepło, mniej wiało, więc chociaż trochę słońca złapałam. Po pracy wyszłam jeszcze z kotką na spacer, a potem wpadłam do Żabki po zbójnicką zapiekankę. I powiem jedno – podgrzana na miejscu smakuje o niebo lepiej niż w moim piekarniku, który zawsze robi „spalona bułka + zimny środek”.

Podsumowując: dzień bardziej spacerowo-fotograficzny niż zarobkowy. Taka trochę… praca charytatywna.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *