Wracam na trasę mimo mrozu

🌇 Wrocław
🚲 E-bike
4.5 godziny
💵 158,18 zł (0 zł napiwków)
💰 35 zł na godzinę
🛒 10 dostaw / 55 km
🍔 Wolt / Uber

No mordeczki, jestem 😄
Przyszedł mróz, więc pewnie na delivery będę teraz wyskakiwać z doskoku, bo serio – nie warto marznąć dla stawek gorszych niż latem. Organizm też ma swoje granice.

Tydzień temu przebiłam oponę, był kosztowny serwis roweru, odebrałam sprzęt i plan był prosty: wracam na trasę. No ale życie jak zwykle miało inny scenariusz. Dopadły mnie tak potężne bóle brzucha i pleców, że przeszłam prawdziwą katorgę. Kilka dni praktycznie wyjętych z życia. Wylądowałam u lekarza – kamienie w nerkach. Kolejne wydatki: wizyty, leki… a po dwóch dniach „urodziłam” dwa kamienie i dopiero wtedy przyszła prawdziwa ulga. Masakra, ale na szczęście już za mną.

Po tym wszystkim potrzebowałam ruchu jak tlenu. Wyjść, dotlenić się, pojeździć, poczuć ciało. No to wyszłam – mimo że dziś konkretny mróz, około –5 stopni. Naubierałam się jak bałwan: warstwa na warstwie, wszystko przygotowane. Ciuchy dały radę, ale najbardziej zmarzły dłonie. Co chwilę musiałam zdejmować rękawice, bo te grube z Decathlonu mają za długie palce, przez co źle leżą i dotyk działa jak chce. Efekt? Wszystko robiłam wolniej i bardziej topornie.

Do tego bateria w telefonie i w rowerze topniała w oczach. Mróz robi swoje – musiałam nawet doładowywać telefon w trakcie.

Wolt dziś raczej niemrawy, za to Uber wymiatał. Serio – takie podwójne i potrójne, że aż sama się dziwiłam. Pierwszy kurs: 4 km za 10 zł – wzięłam tylko po to, żeby nie stać i nie marznąć. I dobrze, bo w trakcie dorzucił kolejne, więc finalnie wyszło całkiem sensownie.

Potem trzy kebaby z jednej budki, w stronę centrum. Uber pociągnął mnie aż do samego centrum miasta – i co ciekawe, zimą robię dłuższe trasy niż latem. Paradoks.

No i teraz crème de la crème:
👉 podwójne na Uberze za 60 zł (10 km) 😳
Nigdy wcześniej takiego nie miałam. Idealne, bo na południe, w moją stronę. Aplikacja dorzuciła jeszcze trzecie zamówienie i nagle zrobił się kurs za 80 zł. SZOK.

Na koniec jeszcze jedno – idealnie blisko domu, dokładnie w momencie, kiedy i tak chciałam kończyć. Lepiej się nie dało tego zaplanować.

Dużo kilometrów, sporo czasu zeszło, mróz dał popalić, ale udało się. A w momentach, kiedy przez ponad godzinę nic nie wpadało (i przez to godzinówka mogłaby być lepsza), zrobiłam sobie kilka fajnych foteczek – chociaż tyle z czekania.

Taki dzień: trochę walki, trochę marznięcia, trochę wow momentów. Cieszę się, że wracam do życia 🚴‍♀️❄️💪

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *