Zablokowany wiadukt, przypadkowa przewodniczka i przeprawa przez Brochów na Radwanice

🌇 Wrocław
🚲 E-bike
⌚ 5 godz. 30 min.
💵 189,31 zł (10 zł napiwków)
💰 34 zł na godzinę
🛒 13 dostaw / 75 km
🍔 Pyszne / Uber
Jesienna pogoda i początek dnia
To był zdecydowanie dzień pełen przygód, szalonych wycieczek i niespodziewanych zwrotów akcji. Gdybym miała wybrać jedno wydarzenie, które najbardziej zapamiętam, bez wątpienia byłaby to przeprawa życia przez Brochów na Radwanice. Jedno zamówienie, które miało być zwykłym kursem, zamieniło się w 10 km wyprawę przez objazdy, działki, dziurawe drogi, pola i okolice torów kolejowych. Ale zacznijmy od początku.
Pogoda zdecydowanie nie rozpieszczała. Było chłodno, jesiennie i wiał bardzo silny, zimny wiatr. Tym razem postawiłam na długie ubranie i była to świetna decyzja. Pod koniec jazdy i tak było mi już naprawdę zimno, więc w krótkich spodenkach prawdopodobnie długo bym nie wytrzymała.
Za to niebo wynagradzało wszystko. Chmury były tak zjawiskowe, że co chwilę miałam ochotę się zatrzymać i zrobić zdjęcie. Niebo wyglądało momentami jak gotowa tapeta.
Pyszne, Uber i trochę czekania
Wzięłam bloki na Pyszne od południa. Początkowo jednak niewiele się działo, więc odpaliłam Ubera. Dziś miałam jeździć na Pyszne i Uberze, bo Wolt kompletnie nie dawał zamówień.
Uber jako pierwszy podrzucił kebaba – 2,2 km za 7 zł. Dostawa do firmy zajmującej się cięciem drewna. Na miejscu było bardzo głośno, wszędzie pełno wiórów, maszyn, sprzętu i pojazdów. Nie chciałam wchodzić do środka, więc zostałam na zewnątrz i zadzwoniłam do klienta.
Po jakimś czasie odebrał i powiedział, żebym weszła do biura. Co ciekawe, w środku siedziało kilka osób, które przez okno widziały, jak stoję i próbuję zorientować się, gdzie właściwie powinnam wejść. Nikt jednak wcześniej nie wyszedł mnie pokierować.
Później zaczęło wpadać więcej Pyszne. Najpierw 5,3 km za 17 zł, a następnie 7 km za 20 zł z odbiorem w CH Ferio Gaj i dostawą na Brochów. Mimo odległości kurs był bardzo przyjemny i sprawny. Jechałam akurat dobrą drogą, więc nawet nie odczułam tych kilometrów.
Kolejne zamówienie miało 4,5 km za 16 zł. Odbiór był z budki koreańskiej, a dostawa dosłownie pół kilometra dalej. Następnie ta sama budka – 1,5 km za 10 zł, tym razem z dostawą do szpitala, prosto do lekarza.
Później Pasibus z Gaju – 4 km za 15 zł na Jagodno. Następnie Uber podwójny: 5,5 km za 15 zł. Jedno zamówienie było blisko, drugie znowu prowadziło na Jagodno.
I tak zaczęło się moje kursowanie Gaj – Jagodno – Gaj, cały czas pod silny wiatr.
Złote zamówienie, czyli przeprawa na Radwanice
No i teraz dochodzimy do absolutnego hitu tego dnia.
Odbiór z Pierogarni na Tarnogaju, 7,3 km za 20 zł, a dostawa aż na Radwanice.
Samo zamówienie nie byłoby niczym niezwykłym, gdyby nie jeden mały problem – jedyna krótka droga prowadząca do klientki przez wiadukt była zablokowana przez remont.
Dojechałam na miejsce i zaczęłam pytać ludzi, czy da się jakoś przejechać. Okazało się, że teoretycznie tak, ale akurat stała tam betoniarka i trzeba było czekać.
Tylko ile?
Robotnicy sami nie wiedzieli. Patrząc na sytuację, wyglądało jednak na to, że czekanie może potrwać naprawdę długo. A ja miałam pierogi, klientkę i nie miałam zamiaru spędzić pół dnia pod remontowanym wiaduktem.
Wtedy kobieta, która również próbowała się przedostać, zaczęła zawracać.
Zagadałam do niej:
– Jest jakiś objazd? Muszę jechać na Radwanice, przez Brochów albo Księże Małe czy Wielkie.
A ona odpowiedziała, że właśnie jedzie na Księże Małe i zna objazd przez działki.
Więc niewiele myśląc, zapytałam:
– To może pojechałabym za Panią?
Krótka piłka.
– Jedziemy!
I tak zupełnie przypadkowo dostałam prywatną przewodniczkę po okolicy 🙂
Kilka kilometrów za przewodnikiem
Jechałam za nią przez kilka kilometrów. Pokazała mi objazd, skrót i całkiem fajną ścieżkę rowerową, o której wcześniej nie miałam pojęcia.
Po drodze zaczęłyśmy rozmawiać i żartować. Dzięki temu cała droga minęła zdecydowanie szybciej. Gdybym jechała sama, prawdopodobnie cały czas zastanawiałabym się, czy na pewno dobrze jadę i ile jeszcze zostało.
W końcu dotarłyśmy do Brochowa. Zatrzymałyśmy się, a moja przewodniczka sprawdziła jeszcze na mojej mapie, którędy powinnam dalej jechać.
Podziękowałam jej bardzo i powiedziałam, że od tego miejsca już sobie poradzę. Prowadzi mnie GPS, pojadę przez Brochów i most nad torami kolejowymi – tamtędy jechałam już wielokrotnie.
Pożegnałyśmy się, życzyłyśmy sobie miłego dnia i każda ruszyła w swoją stronę.
Naprawdę ogromnie doceniam takie przypadkowe spotkania. Zupełnie obca osoba mogła po prostu odjechać, a jednak zatrzymała się, pomogła mi i jeszcze przez kilka kilometrów zrobiła za przewodnika.
Co ciekawe, również miała rower elektryczny, dzięki czemu jechałyśmy niemal równym tempem, a jeszcze ciekawsze – jak zapytałam o zasięg, to odpowiedziała „300 km!”, wow, nie mogłam uwierzyć!
Pierogi przez pola, krzaki i dziury
A ja ruszyłam dalej z pierogami.
I wtedy zaczęła się kolejna część przygody.
Jechałam przez trzęsącą, kamienistą drogę, dziury, kałuże, pola, krzaki i las. Po drodze trzeba było jeszcze przedostać się przez bardzo ruchliwą ulicę.
Wyszło z tego wszystkiego około 10 kilometrów albo nawet więcej.
Na jednym zamówieniu straciłam grubo ponad pół godziny. Zamiast szybkiego kursu po mieście miałam prawdziwą wyprawę terenową.
W końcu jednak – uff! – dowiozłam zamówienie.
Tylko że wtedy przypomniałam sobie o jednym szczególe.
Muszę jeszcze wrócić.
I oczywiście tą samą trasą.
Trzęsąca droga i wagony kolejowe
Nawigację ustawiłam na Jagodno. Do celu około 5 kilometrów.
Zacisnęłam zęby i ruszyłam.
Po drodze postanowiłam jednak wyciągnąć z tej całej sytuacji coś pozytywnego. Skoro już musiałam pokonać tę trasę, zrobiłam kilka zdjęć – między innymi pięknych wagonów i torów kolejowych.
Bo skoro już przeżywam taką przygodę, to coś muszę mieć z tego poza zmęczeniem 😉
W końcu dotarłam z powrotem.
Pięć kilometrów do kebaba… i 15 minut czekania
Niedługo później wpadło kolejne Pyszne – 6 km za 17 zł. Odbiór z kebaba, ale sam dojazd do restauracji wynosił aż 5 km.
Pędziłam więc przez ten zimny wiatr, żeby jak najszybciej dotrzeć na miejsce.
I wiecie, co było najlepsze?
Jechałam 5 kilometrów po jedzenie, żeby potem stać pod kebabem około 15 minut, bo zamówienie nie było jeszcze gotowe.
No cóż. Klasyka dostawcy 😉
Później dostałam kolejne Pyszne – pizzę, 2,8 km za 13 zł. Dostawa była… do tego samego bloku, w którym chwilę wcześniej już byłam.
Pizza, która zrobiła mi smaka
Podjeżdżam do pizzerii, a za ladą widzę mnóstwo przepysznie wyglądających pizz. Różnorodnych, kolorowych, z mnóstwem różnych dodatków.
A ja oczywiście byłam głodna.
Patrzę na te pizze i mówię do obsługi:
– Ale fajne pizze! Ile kosztuje kawałek?
Pani odpowiada:
– Ja mogę ukroić, ile Pani chce. To pizza rzymska!
Zaśmiałam się i powiedziałam, że może innym razem, bo tym razem przyjechałam tylko po zamówienie.
Ale smaka narobili!
Może kiedyś specjalnie tam zajadę i wybiorę sobie kilka różnych kawałków.
Aż pozwolę sobie zareklamować to miejsce, mimo że sama jeszcze nie jadłam – SI ALLA ROMANA, ul. Wojciecha Bogusławskiego 103 we Wrocławiu. Pizze wyglądały naprawdę cudownie.
Ostatnie kilometry i powrót do domu
Później wpadł Uber – 6 km za 14 zł, znowu budka koreańska i znowu dostawa na Jagodno.
Bloki na Pyszne właśnie się skończyły, więc powoli zaczynałam myśleć o kończeniu pracy.
I wtedy wpadło jeszcze jedno zamówienie Ubera – idealne na zakończenie dnia.
McDonald’s, 5 km za 14 zł, z dostawą praktycznie na moje osiedle.
Czy można było wymarzyć sobie lepszy ostatni kurs?
Dzięki temu przynajmniej dostałam zapłatę za część drogi do domu i mogłam już spokojnie zakończyć pracę.
Było już naprawdę zimno, a wiatr wcale nie odpuszczał. Zaczęłam się nawet zastanawiać, czy następnego dnia nie obudzę się przeziębiona.
190 zł zamiast spodziewanych 150
Po powrocie do domu policzyłam cały dzień.
Spodziewałam się, że wyjdzie około 150 zł.
A wyszło…
190 zł!
Mimo remontu, objazdów, czekania, błądzenia, dodatkowych kilometrów i ogromnej ilości czasu straconego na feralne zamówienie na Radwanice.
Oczywiście, gdyby nie te wszystkie przygody, prawdopodobnie zarobek byłby większy. Z drugiej strony – czy wtedy miałabym co wspominać?
Raczej nie.
I chyba właśnie dlatego ten dzień zapamiętam na długo. Nie był idealny pod względem zarobku ani organizacji, ale za to wydarzyło się tyle rzeczy, że spokojnie można powiedzieć, że była to przeprawa życia.
A wszystko przez jeden zamknięty wiadukt i przypadkowo spotkaną kobietę, która postanowiła pokazać mi drogę przez Brochów.
Czasami najciekawsze historie z pracy zaczynają się właśnie wtedy, gdy wszystko idzie nie tak 🙂











