Zamknięty Carrefour, walka z wiatrem i karetka na sygnale

🌇 Wrocław
🚲 E-bike
⌚ 5.5 godzin
💵 171,3 zł (5,27 zł napiwku)
💰 31 zł na godzinę
🛒 14 dostaw / 72 km
🍔 Wolt / Uber
Pisząc to, siedzę już w cieple – z kubkiem gorącej herbaty w ręku, po gorącym prysznicu i z odkręconymi grzejnikami na maksa, bo porządnie mnie dziś wychłodziło. A jeszcze rano ubrałam się jak na zimę… i po pierwszym kursie było mi już za gorąco, więc szybki zjazd do domu na przebierkę. Lżejsza kurtka, cieńsze rzeczy i jazda dalej. Oczywiście jak to bywa – chwilę później słońce zaszło, zerwał się silny wiatr i wieczorem znów zrobiło się zimno, więc finalnie i tak mnie przewiało.
Dzień był trochę zakręcony i to dosłownie i w przenośni. Z jednej strony szalone kursy, z drugiej ja, pędząca ile sił na rowerze.
Na start Wolt od razu rzucił kurs… i to jaki! 9 km za 24 zł – z Partynic aż na Bielany po odbiór z Pasibusa, a potem dostawa na moją „wioskę”. Jechałam i jechałam, a końca nie było widać. W międzyczasie jeszcze telefon postanowił się zbuntować – jedna funkcja przestała działać, więc szybki reset w trasie (na szczęście zamówienie nie spadło). Jak już byłam blisko domu, zrobiłam ekspresowy pit stop na przebranie i dopiero wtedy zaczęło się jechać naprawdę przyjemnie.
Potem wpadł Uber z McDonald’s – 1,3 km za 8 zł, a klientka wyszła przed blok, więc poszło błyskawicznie. Zaraz po tym Wolt – ramen 4,2 km za 13 zł na Grabiszyn. Tam już było mniej przyjemnie, bo kamienne, dziurawe drogi zrobiły swoje – jechałam jak usztywniona, żeby tylko nie rozlać zupy. Udało się, ale czułam każdy kamień.
No i teraz coś, przez co jest mi głupio i nie wiedziałam czy o tym napisać, czy nie. Miałam odbiór zakupów z Carrefoura w CH Borek. Wchodzę – wszystko zamknięte, kraty opuszczone. Robię zdjęcie, wysyłam do supportu, że nieczynne. Oni odpisują, że ok, zajmą się tym. Niedziela, więc uznałam to za logiczne… ale coś mnie tknęło i zaczęłam objeżdżać centrum, szukając innego wejścia. Dopiero wtedy dokładniej przeczytałam notatkę – skróty, których wcześniej nie rozkminiłam (ND = niedziela). Było tam napisane, że odbiór jest z boku budynku i trzeba zadzwonić domofonem.
Podjeżdżam, pytam innych kurierów – mówią, że normalnie dziś wydają zamówienia. A ja już miałam anulowane… Dostałam pełen zwrot, 19 zł. Głupio się poczułam, bo nie zasłużyłam na te pieniądze. Z jednej strony wprowadziłam w błąd support, z drugiej strony to dla mnie nowa sytuacja, nigdy w niedzielę nie miałam stąd zamówienia i nie zrobiłam tego celowo. Teraz już będę wiedziała.
Potem znów Wolt z tego samego centrum – McDonald’s 3,5 km za 13 zł. I tam wydarzyła się scena, która aż mnie zmroziła. Przypinam rower, a tu nagle spod bloku wybiega zapłakana, przerażona dziewczyna i biegnie w stronę karetki na sygnale, krzycząc „już są!”. Aż ciarki przeszły… Stałam chwilę i patrzyłam, zastanawiając się co się mogło wydarzyć. Bardzo smutny widok.
Dalej już wróciłam na swoje rejony i poleciało kilka kursów:
– Uber McDonald’s ok. 2 km za 8 zł + 5 zł napiwku (choć trochę się naczekałam),
– pizza 1 km za 7 zł – dosłownie na tę samą ulicę,
– tajskie, podwójne na Uberze – 4 km za 15 zł,
– kebab z Wolta – 3,5 km za 11 zł i… 15 minut czekania, bo jedna osoba ogarniała wszystko,
– ramen 1,5 km za 7 zł – dostawa praktycznie obok, a w lokalu tłum taki, że ludzie stali na zewnątrz,
– Uber McDonald’s 3,5 km za 11 zł – znów trochę czekania,
– Wolt pizza 5 km za 15 zł – powrót w moje rejony,
– i na koniec indyjskie jedzenie 3,5 km za 12 zł.
Na tym już zakończyłam. Zrobiło się późno, zimno, wiatr dawał w kość, a nowych zamówień brak. Trzeba było się zawijać do domu.
Mimo wszystko dzień wyszedł całkiem nieźle – godzinówka w końcu przyzwoita, szczególnie jak na ostatnie dni. Trochę mnie przewiało, trochę się naczekałam, trochę stresu i dziwnych sytuacji… ale też kilka sprawnych kursów i napiwek na plus.

