Zimny start, gorąca końcówka – mural, zachód słońca i lawina zamówień

🌇 Wrocław
🚲 E-bike
⌚ 7 godzin
💵 219,36 zł (21 zł napiwków)
💰 31 zł na godzinę
🛒 16 dostaw / 82 km
🍔 Wolt / Uber
Miała być jedna fotka, jedno zamówienie, a wyszło czadowo! Zamiast wrócić szybko do domu, wróciłam z klimatycznymi zdjęciami przy zachodzie słońca, świetnym muralem gdzieś w okolicach Sky Tower i ponad 200 zł w kieszeni. Zamówień było dziś naprawdę sporo – tylko trzeba było przetrwać początek.
Na start było ciężko. Zimno, mroźno, wiatr dawał po twarzy tak, że serio myślałam, czy nie zawinąć się do domu po jednym kursie. Pierwsze propozycje też nie zachęcały – Uber rzucił 8 km za 23 zł gdzieś daleko za centrum, więc od razu odrzuciłam. Wzięłam za to krótkie zamówienie z tajskiej restauracji – 2 km za 8 zł, żeby się trochę rozruszać. Potem znowu cisza, więc zamiast marznąć i się denerwować, poszłam porobić zdjęcia w parku. I to był dobry ruch, bo chwilę później wszystko zaczęło się rozkręcać.
Zlecenia zaczęły wpadać jedno po drugim. Najpierw McDonald’s – szybkie 1,2 km za 8 zł. Potem Wolt i Chleboteka – 4 km za 13 zł. Kolejny McDonald’s na Wolcie – 3 km za 11 zł i do tego 5 zł napiwku. Później dłuższy kurs z Burger Kinga z Bielan – 8 km za 22 zł, ale fajny, bo wracałam w swoje rejony. Była też pizza na 6 km za 18 zł aż na Gaj. W międzyczasie trafiła się „pułapka” – zakupy z Carrefour, niby spoko stawka, ale jak zobaczyłam wagę 9-16 kg, to od razu podziękowałam. Na rower to jednak przesada, zwłaszcza gdzieś na odludzie, skąd wracałabym na pusto.
Nie obyło się bez cięższych momentów. W pewnym momencie Uber wrzucił mi aż trzy zamówienia naraz – z baru i dwa z koreańskiej budki. Plecak zrobił się naprawdę ciężki, ale finalnie 37 zł wpadło, więc było warto. Było też trochę czekania, nawet po 15 minut w lokalu, co zawsze wybija z rytmu.
Trzeba było też szybko podejmować decyzje. Wolt chciał mnie wysłać po KFC w Wroclavia, ale szybka kalkulacja – przypięcie roweru, wchodzenie do galerii, szukanie restauracji – a pierwsza klientka już czekała i zamówienie było opóźnione o pół godziny. Stwierdziłam, że nie ma sensu i anulowałam, żeby jak najszybciej dowieźć to, co już miałam.
Po drodze minęłam świetny mural i od razu wiedziałam, że muszę tu wrócić. Po dostawie faktycznie się cofnęłam i zrobiłam zdjęcia z każdej strony, a w międzyczasie telefon dosłownie wariował od nowych zamówień. W końcu złapałam kolejne – wietnamskie jedzenie, 3 km za 11 zł, idealnie w stronę moich rejonów, choć dość ciężkie, bo aż dwie torby.
Wracając, zahaczyłam jeszcze o Park Południowy i nie mogłam przejechać obojętnie – zachód słońca był przepiękny. Zatrzymałam się i zrobiłam kilka naprawdę klimatycznych zdjęć. To są właśnie te momenty, które wynagradzają cały trud.
Na koniec jeszcze kilka kursów – sushi z dobierką, obiady z dodatkową pizzą po drodze, potem zakupy z Carrefour z CH Borek, 5 km za 18 zł i aż 10 zł napiwku. Na sam koniec wzięłam jeszcze jedno zamówienie z kuchni wietnamskiej – 4,2 km za 13 zł i to był już mój ostatni kurs. Edit: budzę się na drugi dzień i patrzę – wpadł napiwek 6 zł za ostatnie zamówienie, miła niespodzianka i lekko poprawiona godzinówka.
Pod koniec byłam totalnie zmęczona – głodna, osłabiona, z bólem głowy, który już naprawdę przeszkadzał w jeździe. W końcu wyłączyłam apki i wróciłam do domu. Jedzenie, szybkie ogarnięcie się i tabletka na ból głowy i padłam.
Miał być szybki wypad, a wyszła pełna zmiana, masa kursów, zdjęcia, mural, piękny zachód słońca i ponad 200 zł zarobku. Było ciężko, ale zdecydowanie warto.
Wyjeżdżam teraz na Święta, więc robię krótką przerwę od jeżdżenia. Życzę wszystkim zdrowych, spokojnych Świąt, mokrego Dyngusa, a kurierom – jak najwięcej zamówień i napiwków 😄🚴♀️











