Zmoknięta jak kaczka, ale zadowolona

🌇 Wrocław
🚲 E-bike
2 godz. 10 min.
💵 56,41 zł (6,45 zł napiwku)
💰 26 zł na godzinę
🛒 5 dostaw / 25 km
🍔 Uber / Wolt

Nie zważając na brzydką pogodę, wyskoczyłam na rower. Jeździłam w deszczu ponad dwie godziny i wróciłam do domu zmoknięta jak kaczka. Ale co tam, ubrania się suszą, a ja siedzę z kubkiem gorącej herbaty.

Zapowiadali deszcz i doskonale o tym wiedziałam. Dokładnie sprawdzałam prognozę, a mimo to postanowiłam wyskoczyć choć na chwilę, nawet jeśli miałabym zmoknąć. I wiecie co? Było fajnie! Zrobiłam pięć dostaw w deszczu, trochę zarobiłam i przede wszystkim ruszyłam się z domu, zwłaszcza że kolejne dni mają być jeszcze bardziej deszczowe.

Ledwo wyjechałam, zaczęło delikatnie kropić. Uber rzucił kebaba – 4,2 km za 10 zł, do tego dość daleki dojazd do restauracji. Za to klient wynagrodził wszystko napiwkiem ponad 6 zł. Wracając, zrobiłam kilka zdjęć czołgów i innych maszyn wojskowych, które akurat mijałam po drodze.

Później wpadła seria kursów z McDonald’s na CH Borek, ale odrzuciłam je, bo były dla mnie zbyt dalekie. Gdy wracałam w swoje rejony, dostałam McDonald’s – 3,6 km za 10 zł, z dostawą praktycznie pod moje osiedle. Wtedy zaczęłam się zastanawiać, czy nie wracać już do domu, bo deszcz padał coraz mocniej. Ostatecznie stwierdziłam: a co mi tam, pojeżdżę jeszcze trochę.

Wolt dorzucił Chlebotekę – 1,5 km za 6 zł, z dostawą znowu na moją „wioskę”. Zawiozłam zamówienie, kapało już ze mnie, ale mimo to ponownie ruszyłam w miasto.

Chwilę później wpadł kolejny McDonald’s na Uberze – 3,3 km za 10 zł. U klienta zaliczyłam małą przygodę. Weszłam do niewłaściwej klatki, bo obok siebie były dwie z tym samym numerem. Oczywiście w tej, do której weszłam, nie było numeru mieszkania klienta. „Pięknie” to ktoś zaprojektował… Wchodziłam i schodziłam po schodach jak durna, aż w końcu domyśliłam się, że musi chodzić o klatkę obok.

Na koniec dostałam jeszcze jedno zamówienie z McDonald’s – 4,5 km za 13 zł. Poczekałam, aż je przygotują, pani wydała mi torby, schowałam wszystko do plecaka i ruszyłam do klienta. Były tam chyba cztery napoje, jakieś kawy i inne rzeczy, więc jechałam wyjątkowo ostrożnie, żeby nic się nie wylało. Kilka kilometrów w deszczu, pełne skupienie – zawsze staram się, żeby klient był zadowolony.

Dostarczyłam zamówienie i wróciłam do domu. Już miałam wnosić rower, kiedy zadzwonił telefon. Odbieram, a tam klient mówi, że właśnie dostarczyłam mu jedzenie z McDonald’s… tylko nie to, które zamawiał.

W głowie od razu: „O kurde, no nie…”.

Tak się starałam, żeby wszystko dowieźć w idealnym stanie, a tu taka sytuacja na sam koniec. Powiedziałam klientowi, że najprawdopodobniej w restauracji wydano mi niewłaściwe zamówienie i żeby zgłosił sprawę w Uberze – powinni zwrócić pieniądze lub rozwiązać problem. Później nawet próbowałam się z nim skontaktować, żeby dowiedzieć się, czy wszystko udało się załatwić, bo nie dawało mi to spokoju.

To klient, do którego dostarczałam już kilka razy, więc zrobiło mi się zwyczajnie przykro. Zamiast jedzenia dostał same napoje, a tym przecież się nie naje. Mam nadzieję, że zamówił ponownie i że Uber zwrócił mu pieniądze.

Zaufałam pracownikom McDonald’s, że wydają mi właściwe zamówienie. Było zamieszanie, pośpiech, a ja nie sprawdziłam numeru. Następnym razem będę jeszcze bardziej uważać i nie uwierzę na słowo, że wszystko się zgadza. To nie pierwsza taka pomyłka i pewnie nie ostatnia, choć oczywiście chciałabym, żeby zdarzały się jak najrzadziej.

Po powrocie do domu od razu wrzuciłam mokre ubrania do suszenia i zrobiłam sobie gorącą herbatę. Potem umyłam zabłocony rower i plecak. Zostało jeszcze nasmarowanie łańcucha, ale to już drobiazg.

Mimo paskudnej pogody, przemoczonych ubrań i niefajnej przygody z pomylonym zamówieniem, jestem zadowolona z tego dnia. Czasem wystarczy wyjść z domu, trochę się poruszać i wrócić z poczuciem, że zrobiło się coś dobrego – nawet jeśli po drodze zmoknie się jak kaczka. 🚴‍♀️🌧️☕

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *