Zwiedzanie salonu Hondy, tir na środku drogi i pies z pretensjami

🌇 Wrocław
🚲 E-bike
⌚ 6.5 godzin
💵 162,2 zł (5 zł napiwku)
💰 25 zł na godzinę
🛒 13 dostaw / 83 km
🍔 Wolt / Uber
Wróciłam późno – zmęczona, głodna i trochę rozczarowana. Wiele godzin na rowerze, a godzinówka tragiczna.
Początek dnia? Klasyk. Pierwsza godzina – cisza. Trzy aplikacje odpalone i ani jednego zamówienia. Można było zacząć rozmawiać z drzewami albo liczyć gołębie. W końcu odezwał się Wolt – ramen, 2,5 km za 10 zł. Potem Uber i znowu ramen, 4,5 km za 13 zł, dostawa przy Parku Skowronim. Skoro już tam byłam, to zrobiłam sobie małą przerwę na zdjęcia – chociaż tyle przyjemności z tej „ramenowej passy”.
Wróciłam na swoje rejony i coś zaczęło się dziać. Wolt: 3 km za 10 zł i dobrałam drugie zamówienie – 1 km za 6 zł, oba po drodze. Drugie do… salonu Hondy. No i proszę – normalnie bym tam nie weszła, a jako kurier wchodzę „na salony” legalnie i oglądam nowe fury 😀
A teraz hit dnia, chociaż mało śmieszny. Wolt – tajskie, 2,5 km za 9 zł. Biorę, jadę skrótem, zadowolona, że szybko dowiozę… i nagle zonk. Na środku drogi stoi ogromny tir. Nie z boku, nie trochę przesunięty – centralnie na środku, jak pomnik głupoty. Z obu stron auta, zero szans na przejazd. Nawet rowerem się nie przeciśniesz. Musiałam zawracać i jechać objazdem, tracąc czas i nerwy. Serio, „uwielbiam” ludzi, którzy zostawiają auta gdzie popadnie i mają totalnie gdzieś innych.
Mówię klientce, że droga była zablokowana i dlatego trwało to dłużej, a ona spokojnie: „nic się nie stało i tak była pani bardzo szybko” – no i od razu trochę lepiej.
Dalej: Uber – McDonald’s, 2 km za 8 zł. Potem Wolt – gruzińska restauracja, 4 km za 18 zł (tu mnie Wolt naprawdę zaskoczył). Dostawa na Gaj i… zaczęła się zabawa w „znajdź blok”. Potem „znajdź klatkę”, potem „znajdź mieszkanie”. Oznaczeń brak, numerów brak. Na szczęście klient wyszedł, bo jak sam powiedział, kurierzy notorycznie nie mogą tego znaleźć. Swoją drogą, jaki problem przykleić czy napisać numery na ścianie, na drzwiach, gdziekolwiek, by człowiek mógł trafić? W niektórych blokach ładnie wszystko oznaczone, a w innych to nawet nie ma numerów na drzwiach i „domyśl się”, „let’s play the game!”.
Potem Uber – Chingu, 4 km za 15 zł, okolice ronda na Powstańców Śląskich. I tu Wolt dorzucił McDonalda z Borka, 3,5 km za 13 zł. Trasa po kamieniach – wytrzęsło mnie jak w pralce na wirowaniu.
Kolejne: Wolt – tajskie, 5,5 km za 17 zł na Oporów. Klasycznie: ruch, korki, trochę walki o każdy metr. Powrót kilka kilometrów na pusto – wiadomo, „ulubiona” część pracy.
Potem pizza – 3,5 km za 12 zł, na moje rejony (ulga!). Następnie kolejne 3,5 km za 12 zł, ale już na obrzeża miasta. Droga do klienta w stanie surowym – trzęsło mną niemiłosiernie, ale przynajmniej człowiek zobaczył nowe miejsca. Na miejscu powitał mnie mały, agresywny pies sąsiada, który szczekał tak, jakby chciał mnie zjeść razem z rowerem. Piana prawie leciała. Chyba nie przepada za kurierami. Za to klient dał 5 zł napiwku – może w ramach rekompensaty za psa 😀
Na koniec jeszcze Wolt – tajskie, 3,5 km za 12 zł, dostawa dosłownie na drugą stronę ulicy. Zrobiło się już ciemno, Uber próbował mnie jeszcze skusić KFC z Bielan, ale serio – nie miałam już siły. Byłam zmęczona i głodna, więc odpuściłam.
I tak minął dzień: finansowo słabo, momentami nerwowo, ale za to pogoda była naprawdę piękna – ciepło, wiosennie, aż chciało się jeździć do późna. Szkoda tylko, że zamówienia nie chciały współpracować tak samo jak pogoda.





